Aktualności

Życiorys Ojca Pio

23 września 2026

„Jezu, Maryjo i Józefie Święty, Wam oddaję duszę i ciało moje, bądźcie ze mną w chwili konania!” – ostatnie słowa Ojca Pio.

Urodził się 25 maja 1887 w Pietrelcinie, wiosce położonej kilka kilometrów od Benevento w Kampanii. Jego ojciec, Grazio Forgione, znany powszechnie jako „Razio” lub „Wuj Razio”, dzierżawił kawałek ziemi i z tego utrzymywal rodzinę.

Matka, Giuseppa De Nunzio była kobietą bardzo pobożną. Ojciec Pio został ochrzczony w kościele Matki Boskiej Anielskiej, położonym w górnej części Pietrelciny, zwanej „Zamkiem”.

Na chrzcie otrzymał imię Franciszek. Był piątym z ośmiorga dzieci, biorąc pod uwagę także dwoje zmarłych w wieku niemowlęcym i jedno poronienie. Od wczesnych lat pomagał rodzinie w ciężkiej pracy na roli, a przede wszystkim przy wypasie owiec. Kiedy poczuł powołanie do życia zakonnego we wspólnocie ojców kapucynów, jego ojciec z radością podjął się pokrycia kosztów studiów i wyemigrował w tym celu do Ameryki.

Po ukończeniu piętnastu lat, Franciszek został przyjęty do nowicjatu w Morcone, gdzie 22 stycznia 1903 r. przywdział habit świętego Franciszka, przyjmując imię brat Pio. Słabe zdrowie zmuszało go jednak do przeplatania życia zakonnego okresami rekonwalescencji, spędzanymi w rodzinnej wiosce. Uważano go powszechnie za gruźlika do tego stopnia, iż obawiano się, że nie dotrwa do kapłaństwa, a jeśli nawet, to nie będzie w stanie żyć w surowej regule św. Franciszka. Silną wolą Ojciec Pio przezwyciężył jednak wszystkie trudności i 10 sierpnia 1910 r. otrzymał święcenia kapłańskie w katedrze w Benevento.

Jego zdrowie było nadal bardzo słabe, dlatego też – poza krótkimi okresami życia klasztornego – przebywał z woli przełożonych w swej rodzinnej wiosce.

W miarę swoich sił pomagał w pracy duszpasterskiej tamtejszemu proboszczowi, Don Salvatore Pannullo. Przełożeni z ojcowską troską obserwowali jego rozwój, utrzymując z nim częstą korespondencję, która odsłoniła przed nimi silę ducha tego bardzo młodego brata. Powołanie do wojska w listopadzie 1915 r. przerwało okres pobytu Ojca Pio w Pietrelcinie. W marcu 1918 r. Zwolniony został z wojska z powodu obustronnego odoskrzelowego zapalenia płuc.

Latem tego samego roku wrócił do San Giovanni Rotondo, by nigdy już stamtąd nie wyjechać. 20 września 1918 r. obdarzony został zjawiskiem nadzwyczajnym – stygmatami. Pojawiły się one już wcześniej, w roku 1910, w Piana Romana w okolicy Pietrelciny, jednak dzięki jego modlitwom pozostały niewidoczne. Teraz ukazały się znowu, tym razem już na stale, wywołując rozgłos. Wieść o świętości zakonnika rozeszła się po całym świecie.

Przybywali do niego tłumnie ludzie z wielu krajów, a Kościół i nauka stanęły wobec trudnego problemu. Pomimo tłumów, które go otaczały, ciekawości, polemik i sporów, Ojciec Pio z pokorą, wytrwałością i posłuszeństwem spełniał swe obowiązki duszpasterskie, zwłaszcza sprawowania Mszy św. oraz spowiadania wiernych. Spowiedzi stały się tak liczne, że zmusiły Ojca Pio do prowadzenia wyjątkowo męczącego trybu życia.

W ciągu kolejnych pięćdziesięciu lat w życiu Ojca Pio nie nastąpiły właściwie żadne zmiany: Msza św., spowiedź, spotkania z wiernymi potrzebującymi jego kierownictwa duchowego. Odwiedzały go w klasztorze znane osobistości: całe rodziny królewskie, mężowie stanu, wysocy dostojnicy kościelni, ludzie kultury i sztuki. Przybywały do niego tysiące ludzi wszelkich ras; wszystkim udzielał zdecydowanych wskazań dotyczących życia duchowego, ucząc napomnieniem i przykładem, że podstawą życia musi być modlitwa.

Korzyści płynące z jego przykładu – z jego poświęcenia na rzecz dusz ludzkich – były wprost niezliczone. Imponująca jest liczba osób, które zawdzięczają Ojcu Pio duchową przemianę. Niezliczone są również korzyści materialne uzyskane dzięki jego modlitwie. Zmarł 23 września 1968 r. w wieku 81 lat, podczas wykonywania swoich codziennych obowiązków. Jego nauka pozostaje jednak żywa.

Jezu, Maryjo i Józefie Święty, Wam oddaję duszę i ciało moje, bądźcie ze mną w chwili konania!” – ostatnie słowa Ojca Pio.

 

Stygmaty

W miesiąc po święceniach kapłańskich Ojcu Pio przydarzyło się coś niezwykłego. Znajdował się w ogrodzie, modlił się i medytował w cieniu wiązu, kiedy ukazali się mu Jezus i Maryja. Poczuł nagle silne pieczenie na dłoniach rąk i zobaczył na nich Chrystusowe rany. Pobiegł do proboszcza Pannullo i powiedział: „Wujku Tore, błagam, prośmy Chrystusa, by uwolnił mnie od tych znaków. Pragnę cierpieć, umrzeć z cierpienia, ale żeby to było w ukryciu”. Znaki znikły. Zjawisko powtórzyło się za rok. Ojciec Pio tak opisał swoje cierpienia: „W środku obu dłoni pojawiły się czerwone plamy o wielkości centymetra. Towarzyszył temu silny i przenikliwy ból, dotkliwszy w lewej ręce. Ból odczuwam także pod stopami”. „Od czwartku aż do soboty, a także we wtorek przeżyłem ogromne boleści. Serce, dłonie, stopy – jakby przeszyte szpadą – tak straszliwego doznaję bólu”. Ojciec Pio prosił Pana Boga w modlitwie, aby znaki znikły. I tak się stało. Pozostały jednak niewidzialne. 20 września 1918 r. Ojciec Pio ponownie po ośmiu latach otrzymuje widzialne znaki Chrystusowych ran – stygmaty. Tak je sam opisuje: „Siedziałem na chórze po odprawieniu Mszy św., kiedy owładnęła mną jakaś ociężałość, podobna do snu. Wszystkie moje wewnętrzne i zewnętrzne zmysły, a także dusza pogrążyły się w nieopisanym ukojeniu. Kiedy trwałem w takim stanie, zobaczyłem obok tajemniczą postać, podobną do tej, którą widziałem już 5 sierpnia, z tą różnicą, że ta miała ręce, nogi i bok ociekające krwią. Widok ten przeraził mnie. Doznałem uczuć, których nigdy nie zdołam opisać. Poczułem, że umieram i umarłbym, gdyby Pan nie podtrzymał tłukącego się w piersiach serca. Kiedy tajemnicza postać znikła, spostrzegłem, że moje dłonie, stopy i bok przebity ociekają krwią. Proszę sobie wyobrazić mękę, jakiej wówczas doznałem i doznaję nieustannie każdego dnia. Rana serca krwawi obficie, zwłaszcza od wieczora w piątek do soboty rano”.

 

Spowiednik

Ojciec Pio poświęcił się bez reszty konfesjonałowi. Spowiadał przez 52 lata. Nie był ani wybitnym kaznodzieją, ani znanym wychowawcą, ale mistrzem ludzkich sumień. Wielu mówiło, że każdego „widzi od środka”. By wyspowiadać się, pielgrzymi z najdalszych zakątków świata czekali nawet dwa tygodnie. Wokół klasztoru rozbijali namioty albo spali pod gołym niebem. Otrzymywali numerki imienne i czekali na swoją kolej. Porządku pilnowali dyżurni .Oprócz nadzwyczajnych znaków, które nosił na swoim ciele, Ojciec Pio posiadał zdolność widzenia wnętrza duszy człowieka dzięki natchnieniom Boga. Ta zdolność objawiała się zwykle podczas spowiedzi. Często przypominał penitentom grzechy, których nie wyznali. Jeśli przeoczenie było niezamierzone i chodziło o grzechy powszednie, wszystko kończyło się dobrze. Jeśli natomiast ktoś celowo próbował ukryć swoje grzechy i jeśli chodziło o grzechy ciężkie, wówczas upomnienia Ojca Pio były gwałtowne, czasem przykre i niejednokrotnie zdarzało się, że taką osobę z hukiem odsyłał od konfesjonału. Ale również poza spowiedzią Ojciec Pio posiadał zdolność wewnętrznego rozeznania. Zdarzało się, że upominał na głos człowieka z tłumu albo cofał swoją rękę od kogoś, kto chciał ją ucałować, albo też pomijał osobę przy udzielaniu Komunii świętej. Zawsze była tego przyczyna, o czym wiedziała tylko osoba dotknięta. Relacje ludzi, których wyspowiadał Ojciec Pio są bardzo podobne: był surowy i wymagający, a jednocześnie kochający jak prawdziwy ojciec.

Jego konfesjonał był „katedrą miłosierdzia”.

 

Prawdziwa Ofiara

„Świat mógłby istnieć bez słońca, lecz nie mógłby istnieć bez Mszy św.” – powiedział kiedyś Ojciec Pio.

„Gdy jestem z Jezusem utajonym w Najświętszym Sakramencie, bardzo mocno bije moje serce. Czasem wydaje mi się, że moje serce wyskoczy mi z piersi. Będąc przy ołtarzu, odczuwam niekiedy, że ogarnia mnie ogień i wprost nie potrafię tego opisać. I wydaje mi się, że z determinacją idę do tego ognia”.

Codzienna Eucharystia sprawowana przez 58 lat była sensem jego życia. Wstawał w środku nocy, aby się do niej przygotować. Po jej zakończeniu długi czas spędzał na modlitwie dziękczynnej. Nie było w kościele człowieka, który patrzyłby obojętnie na to, co działo się przy ołtarzu. Wielu kapłanów wyznało, że dopiero w San Giovanni Rotondo zrozumieli, czym jest Najświętsza Ofiara. Msza święta sprawowana przez ojca Pio trwała zazwyczaj ponad dwie godziny. Ludzie w napięciu śledzili każdy gest kapłana nie odczuwając upływającego czasu. Kapłan poruszał się powoli, jakby przygniatał go niewidzialny ciężar. Widać było, że cierpi.

To nie było zwykłe sprawowanie obrzędu, lecz prawdziwa Ofiara. Wszyscy, którzy w niej uczestniczyli mieli wrażenie, jakby naprawdę szli na Golgotę i stali u stóp Krzyża. Na czole Ojca Pio pojawiały się kropelki potu, z oczu płynęły łzy. Najtrudniejszy był moment Przeistoczenia. Zdarzało się, że przejmująca ciszę przerywał nagły szloch lub głośne wyznanie odzyskanej wiary. Widok przebitych dłoni unoszących Hostię wzruszał wszystkich. Kto choć raz uczestniczył we Mszy św. odprawianej przez Ojca Pio, nigdy tego nie zapomni.

Ostatnią Mszę św. Ojciec Pio odprawił w przeddzień śmierci, 22 września 1968 roku.

 

Zwyczajne cuda Ojca Pio

Krew pochodząca ze stygmatów Ojca Pio wydzielała nieopisanie przyjemną woń. Właśnie dlatego pewien lekarz badający stygmaty Ojca Pio lubił trzymać w szufladzie swojego biurka opatrunek, który pochodził z rany stygmatyka. Nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż lekarz ten od urodzenia pozbawiony był zmysłu węchu. Nie wszyscy przebywający w jego gabinecie cokolwiek czuli, wielu jednak pytało: „Skąd pochodzi ten osobliwy zapach?”.
Również dr Sala, lekarz obecny przy śmierci Ojca Pio, dał świadectwo obecności tej miłej woni. „Kiedy ubierałem Ojca Pio w habit, który nosił przed śmiercią, nagle ogarnął mnie ten sam bardzo mocny zapach, jaki czułem tak wiele razy podczas moich prawie codziennych spotkań z bratem z Pietrelciny „. Przyjemny zapach świętości nie jest zjawiskiem całkiem nowym i dotyczącym tylko Ojca Pio. Również inni święci – choćby św. Teresa od Dzieciątka Jezus – posiadali łaskę roztaczania wokół siebie miłych woni.

 

Wypadku nie było

Pewna kobieta z San Giovanni Rotondo szła w lesie do tyłu zbierając jadalne kasztany. Nagle poczuła niezwykły i bardzo miły zapach. Zatrzymała się i wtedy spostrzegła, że wystarczyłby jeszcze jeden jej krok do tyłu, a znalazłaby się na dnie głębokiego urwiska! Kiedy wróciła do miasteczka, spotkała Ojca Pio, który grzecznie ją napomniał: „Następnym razem patrz, gdzie stawiasz nogi!”

 

Bez słów

W 1910 roku Ojciec Pio przebywał w swojej rodzinnej Pietrelcinie. Dla proboszcza don Salvatore wiązał się z tym pewien kłopot. Niektórzy parafianie skarżyli się mianowicie, że Msze św. odprawiane przez Ojca Pio trwają zbyt długo. Don Salvatore był zmuszony siadać w głębi kościoła i czuwać. Kiedy Ojciec Pio wpadał w uniesienie i przeciągał którąś z modlitw, proboszcz przekazywał mu w myślach nakaz, aby kontynuował Mszę… i Ojciec Pio okazywał posłuszeństwo.

 

Niewidoma dziewczynka odzyskuje wzrok!

Gemma Di Giorgi urodziła się niewidoma. Nie posiadała źrenic. Lekarze nie dawali żadnej nadziei, by kiedykolwiek mogła odzyskać wzrok. A jednak 18 czerwca 1947 roku, w dniu swojej Pierwszej Komunii, którą przyjmowała z rąk o. Pio… zaczęła widzieć!
Dziewczynkę zaprowadzono do słynnego okulisty, który musiał przyznać – choć z medycznego punktu widzenia było to nieprawdopodobne, bo oczom dziewczynki nadal brakowało źrenic – że dziecko rzeczywiście widzi!

 

Cudowny powrót do zdrowia

Pewna 24 letnia kobieta, Józefina M., w następstwie wypadku utraciła władzę w prawej ręce. Pomimo wysiłków i wielu operacji lekarze musieli skapitulować. Nie zrobił tego jednak ojciec młodej kobiety, który postanowił zabrać córkę do San Giovanni Rotondo. Ojciec Pio przyjął ich i obiecał uzdrowienie. Trzy miesiące później, w rocznicę otrzymania stygmatów przez św. Franciszka – w mieszkaniu rodziców Józefiny rozszedł się miły zapach. Ku zdziwieniu wszystkich utrzymywał się przez kwadrans. Przyczyna tego niezwykłego zjawiska stała się jasna dopiero, gdy okazało się, że ręka córki jest zdrowa. Ojciec Pio dotrzymał obietnicy!
Nie, generale! Czasem Ojciec Pio stawał się dziwnie „nieobecny”. Kto go dobrze znał, nie niepokoił, się tym faktem. Wiedziano, że zakonnik obok innych zdumiewających darów posiadał i ten – bilokacji – mógł mianowicie przemieszczać się na odległość i przebywać w dwóch miejscach jednocześnie.
Tę zdolność wykorzystał, by uratować od grzechu i śmierci włoskiego generała Cardone. Po przegranej bitwie ten nieszczęśliwy człowiek postanowił popełnić samobójstwo. Wszedł do namiotu i zabronił komukolwiek tam wchodzić. Zdumiał się bardzo, gdy nagle ujrzał przed sobą kapucyna, który zwrócił się do niego słowami: „Nie zrobi pan tego, generale!”. Oszołomiony wyskoczył z namiotu i wezwał wartownika: „Dlaczego pozwoliłeś wejść temu kapucynowi?” Żołnierz zdecydowanie stwierdził, że nikt do namiotu nie wchodził. Po wojnie, kiedy Ojciec Pio stał się sławny, generał dowiedział się, kto go uratował. Postanowił udać się po cywilnemu do San Giovanni Rotondo. Kiedy znalazł się w pobliżu o. Pio, ten rozpoznał go od razu i przesłał mu porozumiewawczy uśmiech!

300. rocznica kanonizacji św. Stanisława Kostki

18 września 2026

Grób znajduje się w Kaplicy Św. Stanisława Kostki przy kościele Św. Andrzeja na Kwirynale w Rzymie. Relikwie są również obecne w Polsce – m.in. w Sanktuarium Św. Stanisława Kostki w Rostkowie i w kościele Św. Stanisława Kostki w Sulechowie oraz w kościele Św. Jakuba Apostoła i Św. Anny w Przasnyszu.

Stanisław Kostka urodził się w październiku 1550 r. w Rostkowie, w wiosce położonej około 4 kilometrów od Przasnysza, na Mazowszu, w diecezji płockiej. Ojcem Stanisława był Jan Kostka, od 1564 r. kasztelan zakroczymski, a jego matką była Małgorzata z domu Kryska z Drobnina. Obie rodziny Kostków i Kryskich były w XVI w. dobrze znane. Stanisław Kostka miał trzech braci i dwie siostry. Oto co Stanisław powiedział o swojej rodzinie: „Rodzice chcieli, byśmy byli wychowani w wierze katolickiej, zaznajomieni z katolickimi dogmatami, a nie oddawali się rozkoszom. Co więcej postępowali z nami ostro i twardo, napędzali nas zawsze – sami jak i przez domowników – do wszelkiej pobożności, skromności, uczciwości, tak żeby nikt z otoczenia, z licznej również służby, nie mógł się na nas skarżyć o rzecz najmniejszą” .

Św. Stanisław swoje pierwsze nauki pobierał w domu rodzinnym. Jego nauczycielem przez pewien czas był Jan Biliński. W domu rodzicielskim przebywał do 14. roku życia. Następnie Stanisław razem ze swym bratem Pawłem rozpoczęli studia u jezuitów w Wiedniu, lecz gdy nowy cesarz Maksymilian w 1565 r. zabrał jezuitom konwikt, musieli przenieść się na stancję. Do jezuickiej szkoły w Wiedniu uczęszczało wówczas około 400 uczniów, a regulamin tej szkoły streszczał się w jednym zdaniu: „Taką pobożnością, taką skromnością i takim poznaniem przedmiotów niech się uczniowie starają ozdobić swój umysł, aby się mogli podobać Bogu i ludziom pobożnym, a w przyszłości ojczyźnie i sobie samym przynieść także korzyść”. Do pobożności miała zaprawiać studentów codzienna modlitwa przed lekcjami i po lekcjach, codzienna Msza św., miesięczna spowiedź i Komunia św. Początkowo Stanisławowi nauka szła trudno, ale pod koniec trzeciego roku należał już do najlepszych. Władał płynnie językiem ojczystym, niemieckim i łacińskim; uczył się też języka greckiego.

Trzy lata pobytu w Wiedniu to był dla Stanisława okres rozbudzonego życia wewnętrznego. Stanisław znał tylko drogę do kolegium, do kościoła i do domu. Swój wolny czas poświęcał na lekturę i modlitwę. Zadawał sobie pokuty i biczował się. Mimo sprzeciwu i próśb brata i kolegów nie zaprzestawał praktyk pokutnych. Intensywne życie wewnętrzne, nauka i praktyki pokutne tak bardzo osłabiły organizm chłopca, że bliski był śmierci. Zapadł w niemoc śmiertelną w grudniu 1565 r. Kiedy św. Stanisław był już pewien śmierci, a nie mógł otrzymać Wiatyku, gdyż właściciel domu nie chciał wpuścić katolickiego kapłana, wtedy św. Barbara, patronka dobrej śmierci, do której się zwrócił, w towarzystwie dwóch aniołów nawiedziła jego pokój i przyniosła mu ów Wiatyk. W tej również chorobie objawiła się Świętemu Matka Najświętsza i złożyła mu na ręce Boże Dzieciątko. Od Niej to doznał cudownego uleczenia z poleceniem by wstąpił do Towarzystwa Jezusowego. Nie było to rzeczą łatwą dla Stanisława, gdyż jezuici nie mieli zwyczaju przyjmować kandydatów bez woli rodziców, a on na nią nie mógł liczyć. Po wielu trudnościach i zmaganiach Stanisław został przyjęty do jezuitów najpierw na próbę, gdzie zadaniem jego było sprzątanie pokoi i pomaganie w kuchni, po pewnym jednak czasie, wraz z dwoma innymi kandydatami udał się Stanisław do Rzymu i na skutek polecenia prowincjała z Niemiec przełożony generalny przyjął go do nowicjatu. Rozkład zajęć nowicjuszów przedstawiał się następująco: modlitwa, praca umysłowa i fizyczna, posługi w domu i w szpitalach, dyskusje na tematy życia wewnętrznego i o sprawach kościelnych, konferencje mistrza nowicjatu i przyjezdnych gości. Stanisław czuł się szczęśliwy, że wreszcie osiągnął swój życiowy cel.

Przełożeni pozwolili Stanisławowi w pierwszych miesiącach 1568 r. złożyć śluby zakonne. Wielkim wydarzeniem w życiu św. Stanisława było przybycie 1 sierpnia w uroczystość Matki Bożej Anielskiej (dziś tę uroczystość obchodzimy 2 sierpnia) św. Piotra Kanizjusza, który zatrzymał się w domu nowicjatu i wygłosił dla nich konferencję. Po tej konferencji Stanisław powiedział do kolegów: „Dla wszystkich ta nauka świętego męża jest przestrogą i zachętą, ale dla mnie jest ona wyraźnym głosem Bożym. Umrę bowiem jeszcze w tym miesiącu”. Koledzy zlekceważyli sobie jego słowa. Jeszcze 5 sierpnia jeden z ojców zabrał Stanisława do bazyliki Najświętszej Maryi Panny Większej na doroczny odpust. Za kilka dni było święto Wniebowzięcia Matki Bożej. 10 sierpnia Stanisław napisał list do Matki Bożej i ukrył go na swojej piersi. Prosił by mógł odejść z tego świata w uroczystość Wniebowzięcia Maryi. Jego prośba została wysłuchana. W wigilię Wniebowzięcia Stanisław dostał silnych mdłości i zemdlał. Wystąpił na nim zimny pot i poczuł dreszcze, z ust zaczęła sączyć mu się krew. O północy zaopatrzono go Wiatykiem. Przeszedł do wieczności tuż po północy 15 sierpnia 1568 r., mając zaledwie siedemnaście lat.

Wieść o jego pięknej śmierci rozeszła się lotem błyskawicy po całym Rzymie. Wbrew zwyczajowi zakonu jezuitów ciało Stanisława przyozdobiono kwiatami. W dwa lata potem, gdy otwarto grób św. Stanisława, znaleziono jego ciało nietknięte rozkładem. W 1605 r. papież Paweł V zezwolił na zawieszenie obrazu św. Stanisława w kościele św. Andrzeja w Rzymie i na zawieszenie przy nim lamp, jak też wotów. Papież Klemens X w 1670 r. zezwolił jezuitom na odprawianie Mszy św. i na odmawianie pacierzy kapłańskich ku czci św. Stanisława. W 1674 r. ten sam papież ogłosił św. Stanisława Kostkę jednym z głównych patronów Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Te wszystkie fakty Stolica Apostolska uznała jako akt beatyfikacji. Św. Stanisław Kostka jest pierwszym Polakiem, który dostąpił chwały ołtarzy w Towarzystwie Jezusowym. Rok 1714 był rokiem, w którym papież Klemens XI wydał dekret kanonizacyjny, ale samego aktu kanonizacji dokonał papież Benedykt XIII dopiero w 1726 r. wraz ze św. Alojzym Gonzagą. W 1926 r., w 200. rocznicę kanonizacji odbyła się uroczystość sprowadzenia do Polski małej części relikwii św. Stanisława. W tych jubileuszowych uroczystościach wziął udział sam prezydent państwa, Ignacy Mościcki. Ciało św. Stanisława spoczywa w kościele św. Andrzeja Boboli w Rzymie w jego ołtarzu po lewej stronie.

Ku czci św. Stanisława Kostki wzniesiono w Polsce wiele świątyń, wśród nich piękną katedrę w Łodzi. Najpiękniejszy kościół pod wezwaniem św. Stanisława znajduje się w Nowym Jorku. Św. Stanisław Kostka należy do najpopularniejszych polskich świętych. Przed cudownym obrazem św. Stanisława w obecnej katedrze lubelskiej modlił się w 1651 r. król Jan II Kazimierz.

 

Mistyczne drzewo życia

13 września 2026

Pośród wielu czarnych krucyfiksów jest ten szczególny, ważny świadek historii naszej ojczyzny. Należał do królowej Jadwigi i wraz z jej relikwiami znajduje się w katedrze na Wawelu.

Święto Podwyższenia Krzyża Świętego obchodzone 14 września ma głębokie znaczenie teologiczne i duchowe dla wiernych Kościoła katolickiego, przypomina ono o męce i śmierci Jezusa Chrystusa na krzyżu, które stały się dla nas ludzi źródłem zbawienia. W liturgii tego dnia czytane są fragmenty Pisma Świętego dotyczące męki Jezusa i znaczenia krzyża w historii zbawienia.

Tego dnia nasz wzrok szczególnie kierujemy na krzyż, zarówno ten w świątyniach, przy drogach, czy na te maleńkie krzyżyki przy różańcu, czy też zawieszone na szyi. Jakikolwiek by nie był, w życiu człowieka ma swoje znaczenie i jest w nie wpisany.

W świecie znajduje się mnóstwo krzyży, od tego najważniejszego w Ziemi Świętej po krucyfiks zamarznięty w jeziorze Michigan. Jednak w tym artykule spojrzymy na krzyże o czarnej barwie.

Mistyczny charakter

Taki właśnie krzyż o czarnej barwie znajduje się w katedrze na Wawelu. Jest to krucyfiks, przed którym modliła się królowa Jadwiga Andegaweńska, która do Polski przywiozła go około 1380 r. I tutaj są dwie wersje, że wykonano go w Czechach bądź na Węgrzech. Wykonany jest z drewna lipowego. Rzeźba przedstawia Zbawiciela w naturalnej wielkości, z niezwykłą dbałością o anatomiczne szczegóły, co było charakterystyczne dla gotyckiej sztuki sakralnej tamtego okresu. A swoją nazwę zawdzięcza charakterystycznej ciemnej barwie, którą figura przybrała po XVII – wiecznej konserwacji, gdy lipowy wizerunek został pozłocony. Po kolejnej renowacji w XIX w. Chrystus pozostał czarny, co nadało mu jeszcze bardziej mistycznego charakteru. Sposób przedstawienia cierpienia Chrystusa na krzyżu odzwierciedla duchowość epoki i głębokie rozumienie teologii pasyjnej.

Ta drewniana figura Chrystusa rozpięta na krzyżu, od początku była otoczona szczególną czcią.

Niezwykły świadek historii

Jego historia kryje w sobie zarówno fascynujące dzieje Polski, jak i osobisty dramat młodej królowej Jadwigi Andegaweńskiej. Objęła ona tron Polski mając zaledwie dziesięć lat, często szukała ukojenia i duchowego wsparcia właśnie przed tym krzyżem. Żywiąc szczególne nabożeństwo do męki Pańskiej, wiele godzin spędzała na modlitwie przed krucyfiksem wypraszając łaski i pomoc w podejmowaniu decyzji. Także tej najtrudniejszej kiedy musiała wybrać małżonka, który miał zostać królem Polski. Kandydatów nie było wielu, jednym z nich był Wilhelm Habsburg, którego znała i kochała, a drugim nieznany jej książę litewski Jagiełło. 

Tradycja przekazuje, że w przeddzień ślubu z Jagiełłą, pogrążona w modlitwie Jadwiga miotająca się między powinnością wobec państwa a osobistym szczęściem, usłyszała głos Chrystusa z krzyża. Chrystus przemówił do niej, mówiąc: „Czyń, co widzisz”.  I te właśnie słowa miały przekonać Jadwigę do przyjęcia woli Bożej i poświęcenia swojego osobistego szczęścia dla dobra Polski i chrystianizacji Litwy.

Jan Długosz, ówczesny kronikarz pisał, że modlitwy królowej były pełne duchowego uniesienia. Świadkowie wspominali o szczególnej aurze towarzyszącej jej modlitwom przed krucyfiksem, co przyczyniło się do powstania kultu tego miejsca. Kolejne legendy podają, że było więcej spotkań z Jezusem pod krzyżem. A jedna z nich mówi, że kiedy pewnego wieczoru zasmucona królowa wylewała przed Ukrzyżowanym żale i troski, nagle rozpięty na krzyżu Chrystus poruszył się i przemówił do Jadwigi. Wytłumaczył jej, że każde cierpienie jest cząstką Jego krzyża i przynosi pożytek. Poprosił królową, by podczas życiowych burz zachowała spokój ducha. Posłuchała tej prośby. 

Trzeba zaznaczyć, że to ona zleciła pierwsze w historii Polski tłumaczenie Księgi Psalmów na język polski, ufundowała wiele nowych kościołów i uposażyła już istniejące klasztory. Uzyskała zgodę papieża na utworzenie fakultetu teologii na Akademii Krakowskiej.

Symbol pobożności

Królowa Jadwiga nie była jedyną świętą, do której przemówił Ukrzyżowany. Tej łaski miały doświadczyć także św. Jadwiga Śląska, i bł. Kinga oraz św. Brygida Szwedzka. Czarny krucyfiks stał się także znakiem głębokiej duchowości narodu polskiego. Przed nim modlili się także kolejni władcy, dostojnicy Kościoła, jak i zwykli wierni. Krucyfiks był świadkiem najważniejszych wydarzeń w historii Polski i jest symbolem duchowego dziedzictwa naszego kraju. 

Mimo upływu lat wciąż przemawia przypominając kolejnym pokoleniom o wartościach, na których budowana była nasza tożsamość narodowa i religijna. Jego historia przypomina o wartości poświęcenia dla dobra wspólnego i o sile wiary w najtrudniejszych momentach życia. Szczególnym czcicielem tego krucyfiksu był św. Jan Paweł II. Jeszcze kiedy był metropolitą krakowskim, w sposób szczególny troszczył się o pamięć i kult królowej Jadwigi. Niemal wszystkich odwiedzających go gości prowadził do grobu monarchini, przy którym również zatrzymywały się procesje liturgiczne. O krzyżu tym wielokrotnie wspominał w swoich kazaniach i w czasie pielgrzymek do Krakowa. 

I tak w 1987 r. wskazując na czarny krucyfiks powiedział: „Wiele skarbów kryje w sobie katedra wawelska. Wśród tych skarbów krzyż królowej Jadwigi pozostaje miejscem szczególnego świadectwa. Strzeżcie tego skarbu w sposób szczególny, tak jak strzegły pokolenia”.

Po dziś dzień czarny krucyfiks pozostaje jednym z najważniejszych obiektów kultu w katedrze wawelskiej. Jego umiejscowienie nie jest przypadkowe. Pod cudownym krucyfiksem w 1942 r. złożono relikwie władczyni, która 8 sierpnia 1986 r, została beatyfikowana. Wtedy też decyzją kardynała Franciszka Macharskiego miejscem jej czci został ołtarz krucyfiksu. W ten sposób historia niejako zatoczyła krąg.

Z otwartymi oczami

Kolejnym niezwykłym wizerunkiem Chrystusa jest Jego figura z toskańskiej katedry. Ten region Włoch posiada wiele niesamowitych opowieści, których geneza sięga nawet dziesiątki wieków wstecz. Jedną z nich jest właśnie historia Świętego Oblicza w katedrze Świętego Marcina w mieście Lucca. 

Ten drewniany krucyfiks, który jest najcenniejszym obiektem w katedrze, uważany jest za prawdziwy wizerunek Chrystusa wyrzeźbiony według legendy przez Nikodema. Dla przypomnienia Nikodem to uczeń Chrystusa, który zabrał ciało Chrystusa, by godnie je pochować. Nie czuł się jednak godny, by wyrzeźbić oblicze Zmartwychwstałego. Kiedy więc zasnął, podobno sam anioł stworzył święte rysy twarzy. W średniowieczu wierzono w prawdziwość tej legendy i myślano, że krucyfiks nie jest kopią, a dziełem oryginalnym z pierwszego wieku.

Święte oblicze Zbawiciela to ponad dwumetrowy krucyfiks wykonany z drewna cedrowego i pokryty węglem. Chrystus jest na nim przedstawiony w sposób nieco inny niż jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Postać Jezusa jest bowiem odziana w orientalną tunikę. Nie widać zatem śladów cierpienia, których doznał podczas męki. Twarz Chrystusa jest wykonana z wielką dokładnością i jak piszą znawcy, rysy twarzy są wschodnie, a według badań pokrywają się z twarzą na Całunie Turyńskim. I tym co odróżnia ten wizerunek od innych, to szeroko otwarte oczy.  Przez wiele lat myślano, iż krucyfiks pochodzi z XII lub XIII w. Tymczasem niedawne badania w 2020 r. radioaktywności izotopów potwierdziły jego pochodzenie z przełomu VIII i IX w. To sprawia, iż jest to jeden z najstarszych krucyfiksów na świecie.

Każdego roku mieszkańcy Lucca hucznie świętują uroczystość związaną z Volto Santo. 13 września wieczorem z kościoła Świętego Frediano wyrusza wielka procesja, a cała trasa jest oświetlona przez ręcznie wykonane lampiony. Procesja jest tak liczna, że ostatnie osoby wychodzą z kościoła San Frediano, a pierwsze już są w katedrze. Chrystusa ubrany jest na ten czas w ozdobną tunikę, koronę i klejnoty przechowywane w muzeum katedralnym. Na co dzień krucyfiks znajduje się w kaplicy w katedrze w Lucca.  

Miejsce pojednania

Zauważę jeszcze, że czarny Chrystus czczony jest w całej Ameryce Środkowej, a głównym ośrodkiem jest sanktuarium w Esquipulas w Gwatemali. Tam swoją cześć odbiera od XVI wieku. Sanktuarium, w którym znajduje się czarny Chrystus, uznawane jest za miejsce pojednania, gdyż tam prowadzono rozmowy pokojowe, które zaowocowało podpisaniem porozumienia pomiędzy sandinistami a przedstawicielami „contras” z Nikaragui w 1986 r. I tutaj krucyfiks każdego roku obnoszony jest w procesji po ulicach miasta. 

W 1979 r. sanktuarium w Esquipulas zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. 

Tekst: Arleta Wencwel-Plata/opiekun.kalisz.pl/
Zdjęcie: Łukasz Michalak/parafia archikatedralna św. Stanisława B.M. i św. Wacława M.

Uroczystości pogrzebowe w Łodzi dziesięciorga dzieci – ofiar niemieckiego obozu przy ulicy Przemysłowej w Łodzi (1942–1945)

10 września 2026

II wojna światowa przyniosła wiele zniszczeń i ludzkich tragedii. Właśnie z tym okresem wiąże się Pomnik Martyrologii Dzieci.

Pomnik Martyrologii Dzieci znajduje się w parku Szarych Szeregów, u zbiegu ulic Brackiej i Staszica, a z drugiej strony Marysińskiej. Odsłonięto go w 1971 roku, w specjalnie zbudowanym na tę okoliczność parku. Najpierw nosił on nazwę Parku Promienistych, a po 1990 roku przemianowano go na Park imienia Szarych Szeregów. Pomnik Martyrologii Dzieci zaprojektowała Jadwiga Janus, a założenie architektoniczne Ludwik Mackiewicz.

Pęknięte Serce, jak również jest nazywany pomnik, jest hołdem dla dzieci i młodzieży, którzy zostali osadzeni i zamordowani w obozie „wychowawczym”, utworzonym przez Niemców na terenie łódzkiego getta. Obóz ten znajdował się przy ulicy Przemysłowej, a zatem bardzo blisko parku. Obóz dla polskich dzieci i młodzieży (od 8 do 16 roku życia) stworzono w grudniu 1942 roku. Oficjalnie przebywały w nim dzieci i młodzież, które uznano za młodocianych przestępców. Tak naprawdę przetrzymywano tam małych Polaków, których rodzice przebywali w hitlerowskich więzieniach. Przez obóz przewinęło się 5 tysięcy małych więźniów. Przebywali w fatalnych warunkach, ciężko pracowali. Szalejący na przełomie 1942 i 1943 roku tyfus spowodował śmierć 1/3 mieszkańców obozu.

Pomnik Martyrologii Dzieci przedstawia 8-metrowe, pęknięte serce, z jednej strony widać pustą przestrzeń w kształcie dziecka, z drugiej strony serca postać wychudzonego dziecka, stojącego plecami do widza. Obok znajduje się tablica z napisem: „Odebrano Wam życie, dziś dajemy Wam tylko pamięć”.

Niebywale smutne miejsce, przypominające o trudnej historii. Polecamy wybrać się tam na spacer i przekonać się na własne oczy jakie wrażenie robi Pęknięte Serce.

Tekst na podstawie: Ryszard Bonisławski, Joanna Podolska , Spacerownik Łodzki

 

„Mały Oświęcim” w Łodzi… o którym mało kto słyszał. To był jedyny obóz koncentracyjny dla KILKULATKÓW w okupowanej Polsce. Po ponad 80 latach w Łodzi pochowano dziesięcioro dzieci, ofiar niemieckiego obozu dla polskich dzieci przy ulicy Przemysłowej. Ich szczątki odnaleziono podczas prac Instytutu Pamięci Narodowej. Dwoje udało się zidentyfikować, byli to Zdzisław Kafarski i Henryk Słaboszewski.
To jedna z najtragiczniejszych, a przez wiele lat jedna ze zdecydowanie zbyt mało znanych historii II Wojny Światowej w Łodzi, nieznana również szerzej w kraju.
… Kiedy mieszka się na obszarze dawnego obozu, obecnie będącego osiedlem mieszkaniowym, trudno patrzeć na tę historię wyłącznie jak na kolejny rozdział II wojny światowej. Odbiera się to osobiście.
Obóz funkcjonował w latach 1942–1945, na terenie wydzielonym z łódzkiego getta, a więc „od świata” ogradzał go nie jeden, ale dwa płoty. Stąd wiedza o jego istnieniu była bardzo mocno ograniczona. Ulokowano go w rejonie ulic Przemysłowej, Emilii Plater i Górniczej. Przeszło przez niego około 2 do 3 tysięcy polskich dzieci, przeważnie od ósmego do szesnastego roku życia. Ale były też młodsze, nawet niemowlęta. Ze Śląska, z Wielkopolski, Mazowsza i okolic Łodzi. Z całej Polski, a nawet z zagranicy. Około 200 z nich nie przeżyło. Trafiały tam dzieci osób należących do ruchu oporu i rodzin represjonowanych przez Niemców, ale również dzieci uznane przez okupanta za zaniedbane, włóczące się czy sprawiające problemy. Były głodzone, bite, poniżane i zmuszane do ciężkiej pracy. Choroby, zimno, fatalne warunki sanitarne i niedożywienie były codziennością.
Za każdą z tych liczb stoi konkretne dziecko. Zdzisław Kafarski został brutalnie pobity za to, że z głodu sięgnął po chleb. Powieszono go za nogi i podtapiano w kanale z nieczystościami. Edmund Agaciński został zatrzymany, kiedy wyszedł po mleko dla swojej małej siostry. Z obozu już nie wrócił. Zastrzelono go podczas próby ucieczki.
I takich historii 2, 4, 7 czy 12-letnich dzieci były tam setki. Jako matce… aż trudno mi sobie to wyobrazić.
Dobrze, że o tej historii usłyszała teraz cała Polska. Na uroczystości pogrzebowej obecny był Prezydent RP Karol Nawrocki. Powiedział wtedy: „Polska powróciła dziś po swoje dzieci”. Po ponad osiemdziesięciu latach te dzieci dostały wreszcie godny pogrzeb. Ich imiona zostały ponownie wypowiedziane, a ich historie przypomniane.

Szczegóły tej historii znajdują się w książkach:
– „Dzieci, których nie ma” Renaty Piątkowskiej oraz
– „Mały Oświęcim: dziecięcy obóz w Łodzi”, napisana przez Błażeja Torańskiego i Jolantę Sowińską-Gogacz.
– „Hitlerowski obóz koncentracyjny dla małoletnich w Łodzi” – Józef Witkowski
– „Chcę żyć” – Tadeusz Raźniewski
– „Dzieci z zielonego autobusu” Artur Ossowski
– „Przemysłowa Concentration Camp The Camp, the Children, the Trials” – Katarzyna Person, Johannes-Dieter Steinert

Bo o tych dzieciach po prostu nie wolno zapomnieć!!!

Autorka tekstu: Klaudia Domagała

 

Święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny – Matki Bożej Siewnej

10 września 2026

Święto Matki Boskiej Siewnej w tradycji ludowej

 

Matka Boska Siewna jest patronką zasiewów, ozimin i jesiennych prac polowych. Na Podhalu święto to nazywano Zitosiewną, gdyż sieje się wówczas żyto. Wierzono, że właśnie wtedy Matka Boska przechodzi przez zasiane pola i błogosławi je, dzięki czemu będą obfite plony.

Święto Matki Boskiej Siewnej, to dzień błogosławieństwa ziarna siewnego oraz symbolicznego zamknięcia jednego cyklu upraw rolnych i rozpoczęcia kolejnego. Po tym święcie zaczynano bowiem jesienną orkę i siew zbóż ozimych. Dawniej, gdy w uprawie przeważały zboża ozime, w dzień Matki Boskiej Siewnej rozpoczynano cykl agrarny poprzez pierwszy wysiew zboża. Tego dnia należało zasiać chociażby niewielki skrawek pola, by zapewnić sobie Jej błogosławieństwo. Gospodarz, który nie rozpoczął zasiewu, uznawany był za leniwego, a polu jego groził nieurodzaj.

Siew ten miał szczególny charakter i otoczony był szeregiem zakazów i nakazów. Ziarno trzeba było odpowiednio przygotować, poprzez pokropienie wodą święconą i kreślenie na nim znaku krzyża, co jak wierzono chroniło przed szkodnikami i klęskami żywiołowymi. Najczęściej do pierwszego wysiewu wykorzystywano ziarno ze stołu wigilijnego, z wieńców dożynkowych oraz poświęcone w dniu św. Szczepana lub Matki Boskiej Zielnej. Do koszyka siewnego przywiązywano woreczek z ziarnami wszystkich gatunków zbóż, do których wkładano pieniądze (Zahutyń k. Sanoka) lub święcone jajo i ziele święcone w dzień Matki Boskiej Zielnej (Zielonka k. Kolbuszowej), co miało przyciągnąć bogactwo i siły wegetacyjne.

Współcześnie w niektórych kościołach (…) w dzień Matki Boskiej Siewnej podczas mszy św. nadal święci się ziarno siewne. Kapłan, poświęcając je, wypowiada następującą modlitwę: „Boże, Ty sprawiasz, że wszelkie nasiona wpadłszy w ziemię obumierają, aby wydać plon (…). Prosimy Cię, pobłogosław te ziarna zbóż i inne nasiona. Zachowaj je przed gradem, powodzią, suszą i wszelką szkodą, a ziemię użyźnij rosą z nieba, aby rośliny z nich wyrosłe wydały obfite plony. Spraw też, abyśmy za przykładem Najświętszej Maryi Panny (…) przynosili plon stokrotny przez naszą wytrwałość w pełnieniu Twojej woli”.

Dopiero po poświeceniu ziarna, można było przystąpić do jesiennego siewu. Do pierwszego wysiewu ubierano się w czystą odzież i ściągano kapelusz z głowy, aby podkreślić wagę chwili. Pierwsze ziarno siano boso, ważny był bowiem kontakt siewcy z ziemią. Siewcę obowiązywał nakaz milczenia, którego złamanie miało spowodować wydziobanie ziaren przez ptaki (symbolizujące niegdyś dusze opiekujące się ziarnem). W okolicach Birczy przed rozpoczęciem siewu pierwszą garść ziarna rzucano ptakom (mogła być to pozostałość czynienia ofiar dla zmarłych) wierzono również, że ziarna nie powinny padać na miedzę, bo mogło to spowodować nieurodzaj. W XX w. z powodu zmian, jakie nastąpiły w technice i gospodarce, zboża ozime zaczęto zastępować jarymi. Z tego powodu pierwszy siew zboża wypadał nie w dzień Matki Boskiej Siewnej, a w dzień św. Marka (25.04).

W niektórych okolicach słomę po wykruszonych ziarnach zakopywano przed siewem na początku zagonu – zarówno przy siewie zboża ozimego, jak jarego. Dodawano też ziele poświęcone w oktawę Bożego Ciała, bazie z palm wielkanocnych lub ziarno z wykruszonego wieńca dożynkowego. Miało to zapewnić urodzaj, zabezpieczyć zboża przed myszami, robactwem, wszelkimi nieszczęściami. Całe ziarno przeznaczone do siewu kropiono święconą wodą, a rozpoczynając siew gospodarz rzucał pierwsze jego garście na krzyż i ręką kreślił w powietrzu znak krzyża. W niektórych stronach rolnicy kropili sobie też przed siewem ręce wodą święconą. Pierwszą garść rzucali w formie znaku krzyża ze słowami: „W imię Boże”. Zapewniali sobie w ten sposób – jak wierzono – błogosławieństwa Boże, a tym samym obfite plony, ochronę przed gradobiciem, suszą, jak i nadmiarem deszczu.

Ze Świętem Matki Boskiej Siewnej związane są liczne przysłowia ludowe:

– Jeśli w Maryi Narodzenie nie pada, to sucha jesień się zapowiada.

– Na Siewną zacznij siać żyto, będziesz miał chleb na siebie i na parobka myto.

– Siew na Matkę Boską Siewną ozimkę da przedziwną.

– Gdy Narodzenie Maryi pogodne, to będzie tak cztery tygodnie.

– Kiedy Panna się rodzi, już jaskółka odchodzi.

– Na Matkę Boską Siewną zła to gospodyni, która lnu z wody nie wyczyni.

– Gdy na Siewną jest błękitnie, wtedy pięknie wrzos zakwitnie.

– Gdy o Matce Bożej zasiano, to ani za późno, ani za rano.

Istnieją także liczne przysłowia, dotyczące rozpoczynania i kończenia określonych prac polowych, w tym siewu. Powiedzenia te z jednej strony przypominają, że dane prace trzeba wykonywać w konkretnym czasie, z drugiej zaś zachęcają do ich podejmowania w danym dniu, wróżąc obfite plony. Są i takie, które przestrzegają, by nie robić tego za wcześnie lub zbyt późno, ze względu na przewidywany brak efektów. Oto kilka przykładów:

– Kto skończył siew, może spać do żniw.

– Na św. Bartłomieja otwiera się siew i knieja.

– Na świętego Marka, późny owies, a wczesna tatarka (siew).

– Na Boże Ciało siej tatarkę śmiało.

– W dni krzyżowe męka Boża, wstrzymaj się od siewu zboża.

– W Wielki Piątek dobry siewu początek.

– Kto sieje groch w marcu, gotuje go w garncu; a kto w maju, to w jaju.

– Kto sieje jarkę po świętym Wojciechu, to lepiej żeby ją trzymał w miechu.

– Kto sieje w czerwcu, ten zbierze w kierpcu.

– Uważcie to gospodarze: święty Józef groch siać każe.

– Len zasiany w Stanisława urośnie jak trawa.

– Sadź ziemniaki w wilię Marka, to będzie pod krzakiem miarka.

– W marcu kto siać nie zaczyna, swego dobra zapomina.

– Kto w marcu zasieje, ten się na wiosnę śmieje.

– Kto sieje na świętą Jadwigę, ten zbiera figę.

– W sierpniu owoc cięży drzewu, rolnik chodzi wedle siewu.

– Siej owies w błoto, będziesz zbierał złoto.

Siew to święto nadziei, to początek tego, co ma się później spełnić podczas żniw. Pobłogosławione i rozrzucone ręką siewcy ziarno przyjmuje matka ziemia, po czym ziarno najpierw obumiera, a następnie kiełkuje, rozwija się w nową roślinę, by w końcu przynieść wyczekiwany, obfity plon. Jest w tym wiele niezwykłości, a wszystko odbywa się w ustalonym porządku, w zgodzie z odwiecznym rytmem natury. Nie dziwmy się zatem, że życie na wsi toczy się w rytmie zgodnym z przemiennością pór roku, co ma tak duży wpływ na obrzędy, obyczaje, tradycje i święta. Od nas tylko zależy czy będą one dalej kultywowane, czy zupełnie zanikną.

Na koniec fragment psalmu 126, który stanowi pocieszenie i niesie nadzieję dla wszystkich siewców:

„Ci, którzy we łzach sieją, żąć będą w radości

Choć idą i płaczą, niosąc ziarno na zasiew

Powrócą z radością, niosąc swoje snopy”.

 

Opracowanie: Grzegorz Wysocki

 

Źródło: https://wir.org.pl/asp/swieto-matki-boskiej-siewnej-w-tradycji-ludowej,1,artykul,1,1869

Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z ustawieniami przeglądarki. Możesz w każdej chwili zmienić ustawienia cookies w swojej przeglądarce — blokować lub usuwać pliki cookies. Wyłączenie niektórych rodzajów cookies może ograniczyć funkcjonalność strony.